| Poradnik: Dobieram motocykl... do własnych potrzeb |
| EA - Poradniki |
| środa, 24 lutego 2010 23:00 |
|
Osoba, która ściera się z kupnem pierwszego motocykla powinna zwrócić uwagę na szereg bardzo ważnych czynników. Dlatego najlepiej na początku zapoznać się z artykułem Jak wybrać pierwszy motocykl enduro? Mając już pewien pogląd na sytuację warto przeczytać o tym jakie motocykle są najpopularniejsze wśród płci pięknej. Wbrew pozorom maszyna dla początukjącej niewiasty nie musi się różnić od motocykla dla 80-kilogramowego faceta. Po takiej porcji lektury część z Was drodzy czytelnicy znajdzie najlepsze dla siebie rozwiązanie. Tym, którym do tego momentu się to nie udało postaram się rzucić nieco światła z innej strony. Oto krótkie studium przypadku – jak kupiłem pierwszego enduraka.
Raz a dobrze Kiedy podjąłem decyzję o zakupie pierwszego motocykla enduro po głowie chodziło mi wiele myśli. Moc, pojemność, spalanie – wszystko było istotne. Jedna rzecz ważniejsza od drugiej. Mimo to wszystkie wybierane przeze mnie sprzęty musiały przechodzić przez jeszcze jeden istotny i jakże przyziemny filtr – pieniądze. I nawet nie chodzi o to czy chciałem motocykl za 7, 9 czy 11 tys. zł (choć jest to dość istotna kwestia). Starając się wybiegać myślami w przyszłość planowałem zakup motocykla, którego nie będzie trzeba zmieniać po jednym sezonie. Nie trudno się domyślić, że już na starcie odpadały wszystkie 125 i 250-tki – to przecież za małe. Wiele wartościowych ogłoszeń zupełnie zignorowałem nastawiając się od początku na zakup czterotakta o pojemności powyżej 400 cm3 – tak na przyszłość, żeby mocy nie zabrakło. Po kilku tygodniach udało się dokonać doskonałego wyboru – stałem się posiadaczem Yamahy WR 400 F z 2000 roku. Teraz mając za sobą przejeżdżony cały sezon jestem zdecydowany na... zmianę motocykla. Fot. 1 i 2. W warunkach przypominających torowe pojawiał się problem z opanowaniem motocykla. Stosunkowo duża moc może być zaletą i wadą, niestety słuszna masa wymaga już jeźdźca o określonych umiejętnościach. Ja ich nie miałem, dlatego początki były dość trudne. Fot. A. Kowalska i M. Stechman
WR, czyli Wielka Radość Na wstępie winien jestem drobne wyjaśnienie. Motocykl planuję sprzedać, ale robię to z ciężkim sercem. Kilkanaście mięsięcy wystarczyło, aby wytworzyła się specyficzna nić porozumienia między jeźdźcem, a jego maszyną. Powód planowanego rozstania jest zupełnie inny... Kiedy decydowałem się na zakup Yamahy przed oczami miałem wizję motocykla uniwersalnego: kostki ma więc pochulam na torze; tablica rejestracyjna, światła, kierunki – dzięki temu nie muszę się martwić o kontrolę na dojazdówkach; wreszcie odpowiedni zapas mocy i momentu zapewni bezpieczeństwo nawet w najtrudniejszych warunkach. Niestety była to wizja nieco wyidealizowana. Moja WR-ka według książki serwisowej jest maszyną wyczynową. Co nie ukrywam bardzo poprawiało mi samopoczucie. "Wymiana oleju – co wyścig, wymiana filtra – co wyścig" – czytając takie informacje odliczałem dni kiedy pierwszy raz pojawię się na torze i zobaczę na co stać moją niebieską strzałę. Oczywiście pierwsza wizyta na torze pokazała, że WR-ka to rzeczywiście wyczynowa maszyna... Jednak, aby w pełni wykorzystać jej możliwości potrzebne są odpowiednie umiejętności. Tamtego dnia do domu wróciłem z fioletowym udem i mocno poobijaną dumą. Wiedziałem jednak, że to jest to – jazda po torze daje dużo przyjemności. Po za ogólną euforią czułem, że mimo to coś jest nie tak... Kilka tygodni przed wizytą na torze wspólnie z "ursynowskim oddziałem" E-A wybrałem się na pierwsze w życiu endurzenie (lub endurowanie jak to woli). Przejechaliśmy około 180 km w terenie wjeżdżając na "czarne" może ze cztery razy na kilka chwil. Błoto, piach, podjazdy, zjazdy, drzewa, korzenie, kamienie – było wszystko. To mój pierwszy wypad, więc przede wszystkim starałem się utrzymać tempo. Jednak to powodowało kolejne błędy. Brak doświadczenia i zapoznania z motocyklem był chyba bardziej niż widoczny. Mimo to spedziłem wówczas bezsprzecznie jeden z najciekawszych dni w życiu. Dlaczego? Yamaha wydawała się być stworzona do tego typu podróży. Ani razu nie zabrakło mi mocy, mimo szaleńczych tańców na siedzisku (balansu trzeba się nauczyć) zaliczyłem tylko kilka gleb, zkolei silnik ani razu nie zgasł, chociaż usilnie starałem się do tego doprowadzić walcząc z dźwignią zmiany biegów przez pierwsze kilkanaście kilometrów. Wyczucie przychodzi z czasem. Fot. 3 i 4. Krajobraz rolniczy, wiejski czy leśny - to raj dla Yamahy. Motocykl świetnie się prowadzi i wybacza błędy. Na to liczyłem i na tym się nie zawiodłem. Fot. I. Kowalska
Maszyna do wszystkiego Nie da się kupić motocykla do wszystkiego. Jeśli planujesz kupić sprzęt do walki na torze, do weekendowych wypadów w dzicz i kilkusetkilometrowych wojaży off-roadem trzeba kupić 3 motocykle! Zrozumiałem to dopiero po kilkunastu miesiącach. Ale na własnym przykładzie szybciej się chyba nie da. Trzeba zrozumieć każdą z tych dyscyplin off-roadu i przede wszystkim odpowiedzieć sobie na pytanie co sprawia mi największą radość, czego pragnę najbardziej. Oczywiście to nie jest tak, że jeżdżąc endurakiem nie da się brykać po torze i na odwrót – posiadanie crossa nie wyklucza wypadów do lasu. Kluczowa jest kwestia zaangażowania w daną dyscyplinę.
(ciąg dalszy wkrótce...) |
| Zmieniony: czwartek, 25 lutego 2010 07:57 |









RSS EA



Mogłeś tylko jeszcze dodać na co zmieniasz WR-kę (typ motocykla) i co chcesz robić dalej.